Polecamy

BARF-na wesoło, czyli decyzja zapadła

Pierwszym zasadniczym pytaniem po zakupie psa – na które odpowiedzi jednoznacznej nie możemy znaleźć, jest pytanie – Jak go karmić? Oczywiście przeczytaliśmy już na ten temat wszystko… dopytaliśmy weterynarza, hodowca zrobił nam obszerny wykład, sąsiadki udzieliły masy rad. I? Jesteśmy głupsi w tym temacie niż zaraz po urodzeniu.

W przypływie nagłej euforii podejmujemy decyzję – będziemy psu gotować! Szybko jednak okazuje się, że to nie był dobry pomysł… bo kupa jakaś nie taka, bo wysypka na skórze. Do tego pies jakby się zrobił miękki i galaretowaty….  Pojawiają się rozbieżności – czy tego ryżu więcej czy mniej? A jakie mięso? A może nie ryż tylko kasza czy makaron?

Dokopujemy się do informacji, że potrzebna jest suplementacja. Nic trudnego kupić odpowiedni preparat witaminowy. Wchodzimy na stronę internetowego sklepu zoologicznego i…? Doznajemy szoku…. Co wybrać? Okazuje się, że nie dość że nie potrafimy zbilansować obiadu psu, to jest on czasochłonny i wcale nie tani. A pies raczej nie kwitnie.

Zaczynamy słuchać wszechobecnego głosu piorącego mózg – najlepszym sposobem karmienia jest sucha karma. Kupujemy worek karmy przy okazji na zakupach w supermarkecie…. Wyszło jakoś tanio. Duma nas rozpiera, że się tak łatwo udało. W domu okazuje się, że pies nawet do miski nie podszedł…. A jak już zjadł to całą noc latamy na spacery i ze ścierą w domu bo nasz milusiński dostał mega rozwolnienia.

Idziemy do weta… albo skarżymy się sąsiadce. Słyszymy, że karma którą kupiliśmy jest do kitu. Za namową autorytetu medycznego wracamy do domu z workiem RC… niestety już mniej szczęśliwi bo czujemy znaczny ubytek w kieszeni. I mamy powtórkę z rozrywki…

Po kilku miesiącach prób efekt nadal jest mało zadawalający a pies zaczyna przypominać kulę – figurę w przyrodzie uznaną jako doskonałą. My za to mamy za zasłoną worki z kolejnymi karmami ustawione w dwuszeregu…

Przypominamy sobie, że czytaliśmy o jeszcze jednym sposobie karmienia. Co prawda istnieją przeciwnicy straszący nas nagłym zgonem psa, schorzeniami, agresją i cudami na kiju. Wet na samą wzmiankę zaczyna na nas krzyczeć, bo już sam pomysł jest straszny… Ale zaczynamy czytać coraz więcej, okazuje się, że znamy co najmniej kilka psów od lat żywionych surowizną – są zdrowe, piękne i energiczne, i napewno nie stały się krwiożerczymi potworami.

Wiemy już dużo, mamy mętlik w głowie ale decyzja podjęta – Barf. Z duszą na ramieniu idziemy do sklepu mięsnego i przynosimy łup do domu. Trzęsącymi rękami wrzucamy do miski i czekamy co będzie. Okazuje się, że nasz pies pierwszy raz w życiu podszedł do miski z chęcią, zjadł ze smakiem, oblizał się i poprosił o jeszcze… jest cudownie.

Ale po pewnym czasie….. zauważamy, że dzieją się cuda na kiju.

Nasz pies co prawda zjada chętnie ale wciąż prosi o jeszcze…. Dostaje już bardzo dużą porcję ale ciągle głodny – a miał to być taki tani i ekonomiczny sposób żywienia. W założeniach 1-3 % wagi ciała naszego psa – w rzeczywistości nawet dawka 10% nie zaspokaja jego apetytu… Co się dzieje?

Otóż nasz pies przyzwyczaił się do jedzenia mało smacznego, nudnego, byle jakiego. Teraz ma coś smacznego, ładnie pachnącego – rzekłoby się delikates. Sucha karma puchła w jego żołądku i wypełniała go po brzegi, nadając uczucie pełności aż po koniec nosa. Teraz porcja jaką zjada pies na jeden raz nie wypełnia żołądka nawet w połowie jego maksymalnej objętości. Nie dziwmy się, że on chce jeść! Do tej pory organizm naszego psa dostawał masę węglowodanów ( w tym dużo skrobii) – stanowiących łatwe i szybkie źródło energii. Poziom glukozy we krwi zawsze był wysoki, a nadmiary glukozy podlegały przerabianiu na kwasy tłuszczowe magazynowane w wałeczkach rozmieszczonych tu i ówdzie. Wysoki poziom cukru pociągał za sobą konieczność uwalniania insuliny i aktywowanie całego szeregu przekaźników – w tym także neuroprzekaźników i zaangażowania poszczególnych regionów mózgowia. Innymi słowy organizm nagle pozbawiony dużych ilości węglowodanów cały czas jest „na głodzie”, pies odczuwa ssanie bo ma przełącznik głodu  ustawiony cały czas w pozycji ON.

Ten stan przejdzie wkrótce, nie przekarmiajmy psa… nie ulegajmy maślanym oczom. Obserwujmy go – mamy utrzymywać stan stałości wagi i figury…

No właśnie – stan stałości wagi i figury… tu też widzimy dziwne rzeczy. Optycznie zauważamy, że pies traci wałeczki (pod warunkiem że nie wrzucamy do miski pokarmu na każde trącenie nosem i maślane oczka), staje się bardziej umięśniony, twardy przy jednoczesnym nieznacznym wzroście masy ciała… Prawdziwe cuda na kiju? Otóż łatwo to wytłumaczyć. Jak już wyżej napisałam do tej pory pies dostawał duże ilości węglowodanów. Organizm czerpał z nich tyle energii ile potrzebował – a potrzebował wcale nie tak dużo bo napchany suchą karmą żołądek wywoływał lenistwo, ociężałość i senność a pogłębiająca się nadwaga dawała niechęć do aktywności fizycznej. Reszta cukrów w postaci tłuszczu budowała pogrubiającą się warstwę słoniny. Teraz pies zaczął otrzymywać w pożywieniu odpowiednie ilości wartościowego białka – bogatego w aminokwasy niezbędne do budowania ciała – ale tym razem mięśni. Przy mocno ograniczonej podaży węglowodanów energia niezbędna do życia zaczęła być pozyskiwana z magazynów tłuszczu – ze słoniny na żeberkach. Mięśnie ważą więcej zajmując objętościowo mniej miejsca niż tłuszcz. Pies zaczyna mieć talię… Coraz mniejsze ilości zbędnego tłuszczu, mniej obciążony układ pokarmowy, codzienna kompletna dawka składników pokarmowych o wysokiej jakości sprawiają, że nasz leniwiec kanapowy zaczyna biegać, skakać, bawić się z innymi psami. Staje się coraz bardziej sprawny i wytrzymały. Mięśnie pracują i stają się duże, zdrowe i twarde.

Kilka dni po przejściu na Barf możemy z niepokojem stwierdzić, że oczka naszego pupila zaropiały, sierść zaczęła się sypać garściami….. Przeciwnicy Barfa mają argument w garści. W tym miejscu niektórzy rezygnują – bo jednak taka dieta szkodzi. A jaka jest prawda? My wieloletni i doświadczeni barfiarze śmiejemy się, że organizm naszego psa nagle pozbawiony środków konserwujących rozsypuje się nie potrafiąc funkcjonować prawidłowo J. Nie dzieje się nic złego – to objawy detoksu, czyli najzwyklejsze oczyszczanie organizmu z chemii, toksyn, szkodliwych metabolitów obróbki dużych ilości białka roślinnego oraz węglowodanów, sztucznych dodatków witaminowych w karmie (tez konserwantów). Po kilku dniach wszystko się normuje a odrastający włos staje się mocny, pięknie wybarwiony, lśniący i elastyczny. Oczy zaczynają lśnić, stają się wesołe i zadziorne.

Gdy już przerobiliśmy dziwne modyfikacje w kształtach i zachowaniu naszego psa, nachodzi nas refleksja że jakoś podejrzanie zmniejszyło się zużycie woreczków na kupska… Ci z nas, którzy mają szczęście mieszkać w domach z ogrodem i sprzątanie urządzają co kilka dni, z wielkim szokiem stwierdzają, że kupy znikają, zapadają się pod ziemię, kurczą i wysychają w tempie iście błyskawicznym. W ogóle te kupska są jakieś dziwne… małe, zwarte, smrodem nie trują much z połowy wsi.

Jak sobie zdamy sprawę, że od kilku dni pies robi takie małe coś, i na dodatek 1-2 razy dziennie to wpadamy w popłoch! No nic tylko się zatkał! Na dodatek czasem na takiej kupie jest dodatek czegoś… hmmm, dziwnego. Się zatkał kośćmi, uszkodził jelita na bank. Jeżeli na dodatek zaczął zamieniać się w krowę i pasie się z lubością trawą na trawniku to już na bank mu zaszkodziło. Jest to kolejny etap, na którym wielu rezygnuje… A tym czasem prawda zaskakuje. Wiele istnieje spisów, stron z klasyfikacją karm pod względem strawności i przyswajalności. Nawet w przypadku lepszych karm na workach są wypisane owe wartości. Jakie one są? Nie można napisać, że 100% bo to by było mało wiarygodne… lepiej dać powyżej 90%. A kupa jak kopiec kreta 4 razy dziennie…. Ale kto by to przeliczał?

Surowe, nieprzetworzone białko zwierzęce jest łatwo i szybko strawne, a procent jego strawności i przyswajalności jest wysoki, naprawdę wysoki. Oznacza to, że tak naprawdę niewiele niewykorzystanej masy pokarmowej dochodzi do jelita grubego i zostaje wydalone w postaci kału. Innymi słowy pies nie dostający do jedzenia śmieci – śmieci nie produkuje drugim końcem. Przy ograniczonej podaży węglowodanów mocno złożonych (skrobia pochodząca z makaronu, kaszy, ryżu czy ziemniaków) nie ma niezdrowych procesów fermentacji – pies nie podtruwa naszej atmosfery domowej gazami mającymi zdolność zabić pułk wojska, a jego kupy wonieją tylko nieznacznie. Pozbawione chemii, nie zakonserwowane, stanowiące odpad czysto biologiczny, podlegają błyskawicznej biodegradacji i znikają z naszego trawnika stając się nawozem dla roślin.

Ostatnia kupowa kwestia – to coś dziwnego co czasem pojawia się na kupie… To nic innego jak tylko zawartość gruczołów około odbytowych. Do tej pory gdy nasz pies zaczynał gryźć się w okolicach ogona, saneczkować – chodziliśmy do weterynarza celem opróżnienia zawartości wyżej wspomnianych gruczołów. Zabieg mało przyjemny i dla psa i dla nas. Wet co prawda zawsze próbował nam pokazać co wycisnął w zwitek ligniny – jednak nigdy nie byliśmy nadmiernie ciekawscy i nie interesowało nas co tam siedzi. Teraz okazuje się, że podczas sprzątania po psie mamy okazję ten dziw obejrzeć w formie naturalnej. Oczywiście zdarzają się osobniki o takiej budowie anatomicznej kanałów odprowadzających wydzielinę, która uniemożliwia naturalne opróżnianie gruczołów. Jednak większość psów przechodząc na dietę surową obfitującą w kości załatwia ten problem w swoim zakresie bez ingerencji osób trzecich.

Ostatnio spotkałam się nawet z obserwacją, że mocz suki na Barfie nie wypala już białych plam na trawniku…

Nadchodzi zima… czas teoretycznie spokoju z kłakami w domu. Jak wielu z nas śmieje się, że pies linieje dwa razy w roku… od stycznia do czerwca i od czerwca do stycznia. Przychodzi mróz na dworze a w domu odkurzacz coraz rzadziej jest potrzebny. Szczotkujemy z wielkim zapałem tego naszego sierściucha i po godzinie szarpania trzymamy w ręku malutki kłębuszek włosów. Zmniejszyło się także zużycie worków do odkurzacza… A przecież nasz pies tak pięknie obrośnięty – futro stało się gęste jak nigdy dotychczas… teoria stała się faktem. Co się stało? Czyżby skrzaty nam się zakradły do domu i zamieszkały pod miotłą? Przyklejają pracowicie włosy naszego psa do jego skóry na Kropelkę..? Nic z tych rzeczy! Otrzymując w misce mięsko z tłuszczykiem – zwierzęcym tłuszczykiem – pies otrzymuje naturalne i doskonale przyswajalne kwasy omega, witaminy. Jeżeli polubił wątróbkę to ma pod dostatkiem wit A, której jednym z zadań jest utrzymywanie dobrej kondycji skóry. Przecież także czasem wrzucamy do miski jajko na surowo – worek wypchany witaminami po brzegi. Oprócz ograniczenia linienia pies jakoś tak mało pachnie, mało się brudzi. To nie cuda mości państwo – to natura!

Na koniec bardzo porządny problem… dotyczący psów o silnym instynkcie pilnowania zasobów. Jeżeli trafił nam się taki osobnik to wiemy co to znaczy. Pracujemy nad problemem, w końcu gdy stajemy na skraju załamania, udaje nam się – nasz pies oddaje zabawki, pozwala nam grzebać w misce, możemy spokojnie przejść koło jego legowiska. Pełna ulga. I oto cała nasza wielka robota idzie na marne! Pies dostał kawał ochłapa z kością, poszedł sobie w ulubione miejsce – jakimś dziwnym trafem nigdy nie jest to miejsce za fotelem. Raczej środek dywanu w salonie, albo łóżko w sypialni i nie ma bata… leży nad zdobyczą, przygląda się jej, liże toto, i warczy złowrogo za każdym razem gdy ktoś się ruszy w jego stronę. Pełna rozpacz – bo jak tu żyć gdy nie można żyć we własnym domu w pełni swobodnie.  I mówiła sąsiadka – ostrzegała! Surowe mięso wyzwala w psie agresję!!!! Było słuchać mądrych a nie samemu eksperymentować!

Postawmy się na miejscu naszego psa. Przymknijmy na chwilę oczy i wyobraźmy sobie…

Mieszkamy u fajnych ludzi. Jesteśmy kochani, przytulani, dbają o nas. Mamy swoje łóżko i swój pokój, mamy fajne ciuchy i zabawki, mamy dostęp do łazienki z prysznicem i nikt nam wody nie wydziela. Możemy spotykać się z przyjaciółmi, mamy nawet swobodę. Dbają o nas. Nie chodzimy głodni, o nic nie musimy się martwić. Jest nam dobrze. Ale… za każdym razem gdy siadamy do stołu ludzie ci kładą sobie na talerze cos co ładnie wygląda, pięknie pachnie, jest ciepłe i pewnie bardzo smaczne. I za każdym razem jest to coś innego. I podczas gdy oni jedzą takie coś fajnego – my dostajemy zawsze to samo – ani to nie ma wyglądu, ani specjalnie nie pachnie apetycznie, smak papieru toaletowego a po zjedzeniu mamy wrażenie że zaraz pękniemy i chce nam się spać. Nie chodzimy głodni – czujemy się całkiem dobrze oprócz czasem gazów, czasem przelewania się w jelitach, uczucia ciężkości.

I pewnego dnia siadamy do stołu a tam… przed nami ląduje talerz z rosołkiem – pięknie pachnie, wygląda jak marzenie, jest ciepłe i ślinka cieknie po brodzie. Nawet kluseczki w rosołku są zrobione własnoręcznie z jajek przywiezionych ze wsi. Nie możemy własnym oczom uwierzyć… patrzymy, napawamy się tym co stoi przed nami, wąchamy, czujemy ssanie. Powoli, niespiesznie bierzemy łyżkę do ręki i podnosimy do ust pierwszą porcję. Co za smak, cóż za doznania… ! po ciele przebiega nam lekki dreszczyk. Niebo nam spadło pod nogi… I w takim oto momencie siada obok jakiś ktoś, ten co dawał nam codziennie te same trociny sam zajadając pyszności, i wyciąga rękę w kierunku naszego talerza. A gdzie! A precz! A mowy nie ma!!!! Nasze jest i tylko nasze!

I będzie taka reakcja przez długi czas. Póki się nie przyzwyczaimy do faktu, że za każdym razem gdy siadamy przy stole – na naszym talerzu pojawia się coś co ładnie wygląda, apetycznie pachnie, jest ciepłe, ma smak… Musimy przywyknąć.

Nasz pies odczuwa tak samo. Nie złośćmy się na niego. To nie on zawinił! Dajmy mu spokój. Niech sobie siedzi i się napawa. Dajmy mu ten kawał miecha z reki – niech kojarzy że nie spadło z nieba tylko dostał od nas. Pokażmy mu gdzie może sobie spokojnie zjeść. Wybierzmy taka porę dnia kiedy cała rodzina zasiada spokojnie do swoich zajęć, wtedy gdy wszyscy nie plączą się bez sensu po domu. Możemy nawet podziabać porcję na kilka kawałków – jak zje jedno to podajemy mu z ręki następny.

Nasz pies musi się przekonać, ze tak będzie zawsze, że na stałe ma dostęp do prawdziwego jedzenia. Jedzenia wartościowego, pachnącego i smakującego. Jednocześnie oczywiście pracujemy nad zaufaniem, więzią, jak zawsze. Okażmy cierpliwość… Bo ten trud się opłaci.

I znowu osiągamy sukces – pokonaliśmy pilnowanie zasobów, o kupie wiemy już wszystko, zapomnieliśmy kiedy ostatni raz byliśmy u weta, przyzwyczailiśmy się do achów i ochów na ulicy odnośnie pięknego futra i figury naszego przyjaciela, porcje wkładane do miski nie mają już objętości wiadra a pies nie wodzi za nami maślanymi oczami z miną zagłodzonego więźnia obozu koncentracyjnego. Nawet oszczędności jakieś się pojawiły na koncie bankowym…

I przychodzi taki dzień kiedy miska stoi… i stoi… a pies sobie leży z dala od niej. Nie spieszy mu się, podejdzie po chwili, powącha i jest wyrzut w oczach – ojej, znowu ta jagnięcina? A nic lepszego nie masz? I sobie myślimy – Osz ty paskudo! To ja ze skóry wychodzę aby ci takie mięsko zdobyć! Żesz ty niewdzięczniku!

Doszliśmy do etapu kiedy nasz pies stał się spokojny. Przestał walczyć o pokarm. Jego organizm jest w pełni zaspokojony – ma wszystko czego mu brakuje do prawidłowego funkcjonowania. Nie musi jeść na zapas, a ni za dwoje aby zaspokoić zapotrzebowanie na to, czego ma niedobór. Taka głodówka raz na jakiś czas u zdrowego psa nie jest niczym niezwykłym, nie świadczy sama w sobie o chorobie. Wręcz przeciwnie – taką głodówkę potrafi sobie sam z siebie zrobić tylko pies zdrowy i funkcjonujący w sposób prawidłowy.

Minął rok… Barf już nie ma przed nami tajemnic, nic już nas nie dziwi, życie toczy się spokojnie… ale co jest znowu? Dlaczego tak jakoś od pewnego czasu koledzy z pracy, członkowie rodziny, sąsiedzi dziwnie na nas patrzą? No przecież co w tym dziwnego, że z braku miejsca zaproponowałyśmy mężowi, że wstawimy zamrażarkę do kąta koło łóżka w sypialni – przykryjemy serwetką, postawimy lampkę nocną i będzie szafka nocna jak ulał…. No przecież to normalka, że regularnie przywozimy do domu kilkadziesiąt kg mięsa… a potem z naszej kuchni parę godzin słychać odgłos walenia tasakiem. Cóż w tym dziwnego gdy w pracy podczas luźnych rozmów z koleżankami przy kawie wymieniamy jednym tchem nasze menu – udka z nutrii w maślance w poniedziałek, comber z sarny we wtorek, we środę koźlęcina mleczna z grilla, a w czwartek gulasz z dzika. W piątek polędwica źrebięca a na weekend rosół z koguta zielononóżki z kluseczkami własnej roboty na jajkach ze wsi i przepiórki owijane słoninką….

Jakoś dziwnie patrzą? A kto by się tym przejmował? Przecież wszystko jest normalnie… Wracamy do domu, wkładamy kolejną porcję mięska do miski, rozrabiamy w kubeczku hemoglobinę i patrzymy jak na koniec bestia ze świecącymi oczami oblizuje krwawe krople z wąsów…

Życie jest piękne!

Autorką tekstu jest Pani Izabela Sekuła.

kontakt z nami

Przychodnia weterynaryjna CITY WET Paulina Murawińska-Pogorzelska

Ul. Łabiszyńska 21A, 03-204 Warszawa

tel.:22 110-60-80, kom.: 513-333-968, kom.: 798-389-573

e-mail: citywet@op.pl, www.citywet.pl

 Przychodnia jest czynna 7 dni w tygodniu w godzinach:

Poniedziałek – Piątek: 10:00 – 20:00

Sobota: 10:00 – 15:00 Niedziela: 10:00 – 13:00